I nie ma w nikim innym zbawienia... »

Polecamy artykuły:

Mój syn zaginął - i co dalej?

Renata Grabowska

Gdy rankiem 29 listopada 1994 roku wyprawiałam do szkoły mojego jedenastoletniego syna Marcina, nawet nie przyszło mi do głowy, że zobaczę go dopiero za 3 miesiące. Gdy tamtego poranka, jak zwykle, w pamiętnej modlitwie wielbiłam Boga i dziękowałam Mu za kolejny darowany mi dzień, nie wiedziałam jeszcze, że dzień ten zapamiętam do końca życia, że od tego dnia zacznie się trzymiesięczny test mający wypróbować moją wiarę. A zaczęło się od tego, że tamtego dnia Marcin nie wrócił ze szkoły do domu.

To było straszne uczucie - godziny mijały, a chłopca ciągle nie było. W moim sercu narastał niepokój. Zaczęłam szukać syna w różnych miejscach gdzie spodziewałam się go znaleźć, jednak poszukiwania te nie przyniosły rezultatu. Moja rozpacz sięgała już zenitu. Byłam w najwyższym stopniu zaniepokojona, a przy tym zupełnie bezradna. Po bezowocnych poszukiwaniach wróciłam do domu i upadłam na kolana. Nie byłam w stanie myśleć logicznie, wiedziałam tylko, że jedynie Bóg może mi dopomóc w tej sytuacji.

Klęcząc u stóp Jezusa, rozpaczliwie i gorąco błagałam Go o pomoc i kierownictwo w tej sprawie, a przede wszystkim błagałam o opiekę nad synem, gdziekolwiek by on się znajdował. Po tej modlitwie Bóg wlał pokój w moje serce, tak, że mogłam przytomnie reagować, rozmawiać i w ogóle zachowywać się normalnie.

Było to bardzo ważne, gdyż moje otoczenie uważnie mnie obserwowało. Ludzie byli ciekawi, jak osoba, która zawsze mówiła, że trzeba ufać Bogu w trudnych chwilach, zareaguje, gdy ją samą spotyka ciężkie doświadczenie.

Zaczęliśmy w gronie rodzinnym rozważać zaistniałą sytuację i wtedy bratowa przypomniała sobie, że tego dnia widziała Marcina w towarzystwie mego kuzyna, który od pewnego czasu nas odwiedzał. Kuzyn nie prowadził wzorowego życia i nie mógł być dobrym przykładem dla Marcina i jego młodszego brata, dlatego niezbyt chętnie tolerowałam jego wizyty. Wprawdzie wobec chłopców zawsze zachowywał się poprawnie, ale teraz... kto wie, co mogło się wydarzyć. Należało więc w pierwszej kolejności odszukać kuzyna.

Poszukiwanie kuzyna potwierdziło moje obawy. On także zniknął, a w dodatku okazało się, że z domu zniknął także paszport Marcina. Tak więc kuzyn może mieć coś wspólnego ze zniknięciem chłopca i go nawet uprowadzić za granicę! Teraz rozpoczęły się poszukiwania na dużą skalę. Została powiadomiona policja, ukazały się komunikaty w prasie i w telewizji. Potem poszukiwania objęły także teren Niemiec, gdyż były przypuszczenia, że chłopiec tam właśnie mógł zostać uprowadzony. Musiałam spotykać się z dziennikarzami, którzy chcieli znać więcej szczegółów tej sprawy. Nie było mi łatwo, ale zdawałam sobie sprawę, że dla dobra dziecka muszę przez to przejść. Przez cały czas czułam bliskość Jezusa, który dodawał mi sił, tak, że odpowiadając na pytania dziennikarzy, nie odczuwałam żadnej tremy.

Bóg przez cały czas dodawał mi otuchy, począwszy od pierwszej nocy po zaginięciu chłopca, którą całą przepłakałam i przemodliłam.

Już w tamtą pamiętną noc Bóg pocieszył mnie przez swoje Słowo. Był to werset z Księgi Izajasza (49:25-26), gdzie czytałam:

"Jeńcy mocarza zostaną odbici i łup wymknie się tyranowi, gdyż Ja rozprawię się z twoimi przeciwnikami i ja wybawię twoich synów. I pozna każdy człowiek, że Ja, Pan, jestem twoim Zbawcą i Odkupicielem."

Dzięki tym pokrzepiającym Bożym zapewnieniom nabrałam pewności, że wszystko będzie dobrze.

Tymczasem mijały dni i tygodnie, a Marcina ciągle nie było. Ktoś zwrócił uwagę na to, jak to możliwe, że potrafię zachować taki spokój i nie popadam w panikę. Ludzie nie byli w stanie zrozumieć mojej postawy, a ja po prostu wszystkie swoje troski związane z tą tragiczną sytuacją składałam u stóp Pana Jezusa. Wierzyłam, że On czuwa, więc ja nie muszę popadać w panikę. Bywały nawet takie sytuacje, że ktoś próbował mnie pocieszyć, a tymczasem to ja go pocieszałam zapewniając, że Marcin jest pod najlepszą, Bożą opieką.

Niekiedy jednak niepokój dawał znać o sobie. Podczas jednego z takich przypływów niepokoju Bóg pocieszył mnie Słowem z Listu do Filipian (4:6-7): "A pokój Boży, który przezwycięża wszelki rozum, strzec będzie serc waszych i myśli waszych w Chrystusie Jezusie" - czytałam. Tak, to właśnie takiego pokoju użyczał mi Bóg! Trwożne myśli od razu ustępowały. Bóg uczył mnie w ten sposób cierpliwości i dawał mi poznać, jaką moc ma Jego Słowo.

Nowe problemy pojawiły się, gdy musiałam już wrócić do pracy. Usłużne koleżanki współczując mi i chcąc mi jakoś pomóc, starały się skontaktować mnie z pewnym jasnowidzem i nakłaniały mnie, abym skorzystała z jego usług, gdyż przy jego pomocy udało się w przeszłości odszukać wiele zaginionych osób. Gdy odmawiałam skorzystania z tego rodzaju pomocy, koleżanki nie mogły tego zrozumieć. Nazywały mnie wyrodną matką, która nie chce pomóc własnemu dziecku. Żadne moje tłumaczenia, że ufam Bogu i nie chcę korzystać z usług mocy ciemności, nie pomagały. W końcu stwierdziłam kategorycznie, że będę musiała odejść z pracy, jeżeli nie zaprzestaną mówić o tym jasnowidzu. Wtedy skończyły się bezpośrednie namowy, lecz i tak od czasu do czasu podrzucano mi informacje o rzekomym miejscu pobytu Marcina, o tym, co z chłopcem się dzieje. Informacje pochodziły od jasnowidza i w niektórych przypadkach były zgodne z wiadomościami, jakie otrzymywałam w toku prowadzonych przez organa śledcze poszukiwań dziecka.

Była to dla mnie wielka pokusa i musiałam bardzo pilnować swoich myśli, aby nie dać się zwieść i nie zacząć korzystać z tych wróżbiarskich usług. Wtedy znów Bóg pocieszył mnie swoim Słowem z Księgi Izajasza (41:9-13). Bóg zapewniał mnie: "Nie bój się, bo ja jestem z tobą. Wesprę cię i dam ci pomoc. Szukać będziesz, lecz nie znajdziesz tych, którzy z tobą walczą". Po pewnym czasie osoby, które nie dawały mi spokoju w pracy, zostały zwolnione. W ten sposób zyskałam w pracy spokój.

W miarę upływu czasu zaczęłam się zastanawiać, jaki cel chce Bóg osiągnąć dopuszczając do takiego, a nie innego przebiegu sprawy. Przecież On ma wszelką moc i mógłby sprawić, że chłopiec zostałby odnaleziony już po kilku dniach. Skoro tak się nie stało, widocznie tkwi w tym jakiś głębszy sens. Nie byłam jednak w stanie go pojąć, zaczęłam więc usilnie pytać Boga i prosić, aby On pomógł mi ten cel zrozumieć. Jednak za każdym razem, gdy otwierałam Biblię, czytałam: "nie bój się, ufaj mi", czy coś w tym rodzaju. Wiedziałam więc na razie tyle, że mam ufać Bogu i czekać.

Pewnej nocy - nie pamiętam, czy we śnie, czy w widzeniu - udałam się na Golgotę. Widziałam Pana Jezusa wiszącego na krzyżu, a płynąca z Jego ran krew kapała na mnie i po chwili byłam cała we krwi. Wtedy przypomniałam sobie fragment z Księgi Izajasza: "choćby wasze szaty były czerwone jak szkarłat, jak śnieg zbieleją". Wtedy tak mocno upewniłam się, że moje grzechy zostały mi przebaczone. Odczułam ogromną wdzięczność dla Boga.

Powoli zaczynałam rozumieć, że Bóg, przedłużając tę sytuacje, chce przybliżyć mnie do siebie i nauczyć mnie ufności, gdyż właśnie dzięki tym trudnym dniom mogłam doświadczać Jego szczególnej bliskości i odczuwać w wyraźny sposób, że On się o mnie troszczy. Coraz częściej zaczęłam dziękować Bogu za to trudne przeżycie i chociaż początkowo czyniłam to z mieszanymi uczuciami, to jednak teraz już zdawałam sobie sprawę, że ta dramatyczna sytuacja wniosła wiele Bożego błogosławieństwa w moje życie. Zrozumiałam sens słów zawartych w Biblii: "zbliżcie się do Boga, a On przybliży się do was".

Ta sytuacja dawała mi też wiele okazji do świadczenia o Jezusie. Gdy ludzie pytali mnie, co z Marcinem, jak to przeżywam, mogłam im wskazywać na Jezusa jako na Tego, który troszczy się zarówno o Marcina jak i o mnie. Lecz szatan nie dawał za wygraną. Skoro nie mógł mnie złamać przez to doświadczenie, zadał mi inny cios - ze strony najbliższych. Przez dwa dni i dwie noce "przechodziłam przez ogień", a w naszym domu działy się okropne rzeczy. Byłam tak bardzo zraniona, że krzyczałam w modlitwie: "Boże, ja już nie mogę tego dłużej znosić! Proszę, niech już się to skończy. Pomóż mi, proszę!" Podczas tej modlitwy stało się coś cudownego: odczułam taką Bożą obecność i taki pokój, że nie da się tego wyrazić żadnymi słowami. Bóg otulił mnie swym pokojem jak płaszczem i żadne ciosy już do mnie nie docierały, po prostu nie czułam ich i nie reagowałam na nie.

Wtedy ponownie zaczęłam pytać Boga w modlitwie: "Dlaczego muszę przechodzić przez tak trudne doświadczenie. Zgadzam się na nie, tylko pragnę wiedzieć, dlaczego...". Bóg odpowiedział mi wersetem z Ew. Łukasza (22:31-32). Były to słowa, które kiedyś Pan Jezus wypowiedział do Piotra: "...oto szatan wyprosił sobie, żeby was przesiać jak pszenicę, ja zaś prosiłem za tobą, aby nie ustala wiara twoja".

Nie mogłam uwierzyć własnym oczom czytając te słowa. "Panie, Ty naprawdę mówisz do mnie? Przecież jest wielu ludzi godniejszych Twego zainteresowania, niż ja" - mówiłam do Pana w modlitwie. Wtedy przypomniały mi się już wcześniej odebrane w szczególny sposób słowa z Księgi Izajasza (41:9): "Ty, którego pochwyciłem na krańcach ziemi i z najdalszych zakątków powołałem, mówiąc: Sługą moim jesteś, wybrałem cię...".

Jest jeszcze wiele innych fragmentów biblijnych, którymi Bóg przemawiał do mnie i pocieszał mnie, gdy ludzie wzbudzali we mnie obawy mówiąc, że Marcin na pewno został sprzedany za granicę do jakiegoś nocnego klubu albo dla potrzeb filmów z niemoralnymi scenami, jakich wiele produkuje się na Zachodzie. Słowo Boże zapewniało mnie jednak, by ufać Bogu, a wszystko dobrze się skończy.

Co jakiś czas pojawiały się sygnały o prawdopodobnym miejscu pobytu Marcina, lecz potem okazywało się, że wieści te nie były prawdziwe. Pewnego dnia - a było to już w trzy miesiące po zaginięciu chłopca - otrzymałam wiadomość, że Marcin może być w Warszawie.

Następnego dnia już byłam w stolicy. Tu też prosiłam Boga o Jego prowadzenie, gdyż na ludzki sposób wydawało się niemożliwe, aby odnaleźć dziecko w tak dużym mieście. Jednak Bóg sprawił, że spotkaliśmy się! Wprawdzie ja nie widziałam Marcina, lecz on mnie zauważył i chociaż nie doszło do bezpośredniego spotkania, ten moment zadecydował, że chłopiec wyrwał się spod presji wujka - mego kuzyna, gdyż to on był istotnie jego porywaczem.

Jak się okazało Marcin był przez cały czas przez niego oszukiwany, szantażowany i nie zdawał sobie sprawy, że staram się go odnaleźć. Gdy jednak dostrzegł mnie w tłumie na warszawskiej ulicy, zdobył się na odwagę i uciekł. Na drugi dzień otrzymałam wiadomość, że syn czeka na mnie w stolicy. Błyskawicznie wsiadłam w pociąg i ponownie udałam się do Warszawy.

Jeszcze tego samego dnia mogłam uściskać moje dziecko. O, jakże byłam Bogu wdzięczna za tę chwilę, jakże byłam szczęśliwa! Szczęśliwy był również Marcin ciesząc się, że mógł cały i zdrowy powrócić do domu. Opowiadał potem, że podczas tych trudnych dni zawsze czuł Bożą obecność i zdawał sobie sprawę, że Bóg nad nim czuwa. Jednak te dni, gdy chłopiec pozostawał w mocy porywacza, nie minęły bez śladu. Musiałam włożyć wiele wysiłku, by wyeliminować wszystkie negatywne skutki tego porwania i wszystkie obciążenia psychiki chłopca. Dziękuję jednak Bogu, że wszystko minęło i Marcin stał się na powrót zdrowym i wesołym chłopcem. Ja zaś mogę wyznawać słowami psalmisty, że "moim szczęściem jest być blisko Boga". Pokładam w Bogu nadzieję moją, aby opowiadać o wszystkich dziełach Jego.

Renata Grabowska

Źródło: Chrześcijanin

Content Management Powered by CuteNews

Osobiste "Ojcze nasz"

Czy możemy powiedzieć:
Ojcze - Skoro nie jesteśmy na nowo narodzeni przez Jezusa Chrystusa i nie otrzymaliśmy nowego życia?

Czy możemy powiedzieć:
Nasz - Skoro nie przyjmujemy innych do tej społeczności z Bogiem?

Czy możemy powiedzieć:
Jesteś w Niebie...

więcej... »

Polecamy:

O niesieniu Krzyża...

Michał Hydzik
pastor zboru "Filadelfia" w Bielsku-Białej

Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie." Łk. 9,23 Pan Jezus wielokrotnie w sposób bezpośredni lub pośredni, zalecał swoim naśladowcom niesienie krzyża (Łk. 9,23; 14,27; Mt. 11,29). Tymczasem, o współczesnym chrześcijaństwie, mówi się często, że jest chrześcijaństwem bez krzyża. Stwierdzenie to, może niektórych bulwersować, albowiem na brak krzyży, a zwłaszcza w naszym kraju narzekać nie możemy. Spotykamy je przecież niemal na każdym miejscu. Czasem ma się wrażenie, że są nawet tam, gdzie być nie powinny, gdzie nie przystoi, aby były. Bo czy godzi się, aby wisiał on w sali w której posłowie od czasu do czasu wszczynają gorszące incydenty, albo obrzucają się oskarżeniami i pomówieniami, nie mając najmniejszego respektu dla jego powagi?

więcej... »

Ruch charyzmatyczny na świecie

Joanna Betlejewska

Wszystkiego tego, co stało się udziałem Szkoły Biblijnej w Topeka zaczęły doświadczać także inne wspólnoty chrześcijańskie. Ruch charyzmatyczny przedostał się do Teksasu, a stamtąd, w 1906 roku, do Los Angeles, gdzie na jego czele stanął czarnoskóry kaznodzieja William J. Seymour. Dla wielu znawców problematyki początków charyzmatycznej odnowy ta właśnie data jest decydująca. Dopiero od tego bowiem momentu ruch zielonoświątkowy zaczął rozprzestrzeniać się w Stanach Zjednoczonych, a także przenikać do Europy, aby później znaleźć swoje miejsce także w Ameryce Łacińskiej i Afryce.

więcej... »

Odrobina historii

Miało to miejsce w Stanach Zjednoczonych w roku 1900. Młody duchowny, metodysta, Charles F. Parham, postanowił coś zrobić ze swoim duchowym życiem. Czytał Dzieje Apostolskie, Listy Pawła i porównywał słabość własnej służby z opisaną tam mocą. Gdzie byli nowo nawróceni? Gdzie cuda? Uzdrowienia? Musiał przyznać, że chrześcijanie pierwszego wieku znali tajemnicę, którą jego kościół utracił. We wrześniu 1900 roku Parham postanowił odkryć tę tajemnicę. Doszedł do wniosku, że wymagać to będzie gruntownych studiów biblijnych, głębszych, niż te, na jakie sam mógłby się zdobyć. Zdecydował zatem utworzyć szkołę biblijną, w której będzie zarazem i dyrektorem, i studentem. Nie pobierał opłat. Na pokrycie wydatków każdy student dawał to, co mógł.

więcej... »

© 2004 Zbór Kościoła Zielonoświątkowego w Ostrołęce