I nie ma w nikim innym zbawienia... »

Nasza Czytelnia
» Co niemożliwe dla ludzi... - Świadectwa życia

Uzdrowiony

Dariusz Robert Hapoń

Jest rok 1994, maj, miesiąc matur, chociaż dla mnie większym przeżyciem był chrzest w zborze w Terespolu. Dziesięć miesięcy wcześniej przeżyłem nowe narodzenie, zostałem ochrzczony w Duchu Świętym. Był to dla mnie czas niezwykle ekscytujący i wyjątkowy: zostały mi przebaczone grzechy, wzrastałem w Bogu, poznawałem Biblię, w Międzyrzecu Podlaskim powstawał zalążek pod przyszły punkt misyjny i zbór.

Zdałem maturę, a ponieważ z różnych przyczyn nie mogłem podjąć dalszej nauki, zacząłem rozglądać się za pracą. Wszystko wydawało się piękne i sielankowe - do momentu, w którym zaczęły się kłopoty ze zdrowiem. Już wcześniej miałem problemy, ale teraz bóle się nasiliły do tego stopnia, że nie tylko nie mogłem pracować, ale nawet poruszanie się sprawiało straszne problemy. Nie chcąc oszukiwać pracodawcy, nie przedłużyłem umowy o pracę i podjąłem leczenie.

Dostawałem zastrzyki, co kilka dni byłem u lekarza, a ten wymyślał coraz to inne badania. Okazało się, że mam jakiś guz, ale nic nie było wiadomo aż do momentu, kiedy znalazłem się w szpitalu w Międzyrzecu, skąd skierowano mnie na badania (tomograf komputerowy) do Białej Podlaskiej. Rodzice, wtedy jeszcze oboje niewierzący, byli blisko, a i wierzący przyjaciele odwiedzali mnie w szpitalu, zachęcali i pocieszali.

20 września zostałem przewieziony do szpitala onkologicznego w Lublinie i jeszcze tego samego dnia skierowany na oddział chirurgiczny. Ordynator był zbulwersowany moim stanem do tego stopnia, że kiedy się ubierałem po badaniu, usłyszałem z jego ust: "A kogo oni mi tu przywieźli, przecież to żywy trup". Następnego dnia usunięto guz nowotworowy. Kilka dni później przeniesiono mnie na oddział chemioterapii, gdzie miałem być poddany dalszemu leczeniu (usunięcie drugiego guza - przerzutu).

Groza całej sytuacji dotarła do mnie dopiero, kiedy lekarze powiedzieli mi, że był według ich rokowań mam przed sobą dwa miesiące życia. Kiedy zostałem sam, w mojej głowie pojawiły się tysiące pytań: "Boże przecież, jestem Twoim dzieckiem. Czy po to mnie zbawiłeś, bym teraz miał umrzeć? Mam przecież dopiero 19 lat". Muszę szczerze wyznać, że ten tydzień był najtrudniejszym tygodniem mojego życia. Spierałem się z Bogiem, to się na Niego obrażałem, to znów przed Nim płakałem. Zasypałem Go wszystkimi możliwymi pytaniami i oskarżeniami. Lecz pod koniec tygodnia, kiedy już nie miałem sił mówić do Boga, wtedy dopiero zacząłem słuchać, co mój Pan i Zbawiciel do mnie mówi.

Zdałem sobie sprawę, w jakiej sytuacji jestem. Przecież jestem zbawiony. Tak, umieram, ale mam nadzieję na życie wieczne, natomiast moi rodzice takiej nadziei nie mają i, co więcej, nie rozumieją mojej. Może i rzeczywiście jestem chory, ale przecież zostały mi przebaczone grzechy, a więc mam jakiś powód do radości. Ludzie na sali obok są w równie trudnym położeniu, a wielu w jeszcze gorszym stanie zdrowia, a żaden z nich nie ma pewności, co po śmierci, nie ma pokoju i nadziei, którą Ty, Boże, dajesz.

Gdy życia mnie przytłacza ciężkie brzemię,

Gdy jest na śmierć zraniona dusza ma;

Ojcowska Twoja dłoń, gdy ciężar zdejmie,

Pomoże nieść, co się nieznośnym zda.

Me serce w uwielbieniu śpiewa Ci:

Jak wielkimś Ty, jak wielkimś Ty!

Śpiewnik Pielgrzyma, nr 15

Duch Święty działał w moim sercu, przepraszałem Boga i dziękowałem za zbawienie. Jak ten tydzień zaczął się od wykrzykiwania: "Dlaczego ja!.", tak skończył się wyznaniem: "Panie, jeśli Twoja wola, to jestem gotowy umrzeć dla Ciebie". Po tym tygodniu, kiedy Bóg mnie złamał, byłem gotowy umrzeć, ale chciałem też dzielić się swoją wiarą z innymi pacjentami. Zaczęło się leczenie, niezbyt przyjemne, ale ważniejsze jest to, czego Bóg w swoim miłosierdziu dokonywał. Z każdym dniem uczyłem się cieszyć i być wdzięcznym Bogu za to, że się obudziłem. I choć wcześniej śpiewałem: "Dzisiaj jest dzień, który dał nam Pan", dopiero teraz dotarła do mnie powaga tych słów.

Wierzący z Terespola, Międzyrzeca i, jak się później okazało, z wielu innych miejsc modlili się i pościli o moje uzdrowienie. Przez ten czas wydarzyło się w szpitalu wiele drobnych epizodów, za którymi stał Bóg. Mogłem komuś powiedzieć Ewangelie, ktoś sarn pytał, dlaczego czytam Biblię. Ludzie wierzący odwiedzali mnie w domu, kiedy przyjeżdżałem na przepustki, modlili się ze mną, pocieszali moją mamę.

Po dwóch miesiącach leczenia, kiedy wbrew opinii lekarzy nadal żyłem, nie myślałem już o tym, że jestem gotów umrzeć, ale szukałem sposobów, by dotrzeć z Ewangelią do pacjentów, którzy często cierpieli bardziej ode mnie. Przez ten czas w szpitalu Bóg przemienił moje serce. Przed nawróceniem, jako anarchista, nie miałem zbyt wielkiego szacunku dla życia ani dla ludzi. Lecz żeby móc normalnie funkcjonować w takich warunkach, w jakich teraz przebywałem, potrzeba wiele pokory i szacunku wobec innych. Za ścianą, na łóżku obok rozgrywały się prawdziwe dramaty, żony traciły rneżów, a dzieci ojców lub matki. W takich chwilach Bóg staje się niesamowicie realny, a zbawienie to nie hasło z pieśni śpiewanych podczas nabożeństwa, kiedy jest miło i przyjemnie. Słowa pieśni: "Jezus jest życiem mym, a śmierć zwycięstwem jest", brzmią o wiele realniej.

W szpitalu najbardziej mi brakowało społeczności ludzi wierzących, z którymi mógłbym się modlić i studiować Biblię. Wieczorami błąkałem się po pustych korytarzach z modlitwą na ustach i tak bardzo brakowało kogoś, kto mógłby powiedzieć na moją modlitwę "Amen".

Dziś myślę, że właśnie przez to doświadczenie Bóg rozbudził we mnie pragnienie służenia Kościołowi i zborowi.

Bóg zaczynał mi powoli objawiać, że jeszcze nie czas na moje odejście do nieba. Że jest to raczej czas nauki i przemiany, bym mógł później Mu służyć. Właśnie wtedy zacząłem pytać Boga, w jaki sposób mogę przyłożyć rękę do budowy Jego Królestwa.

Im dłużej trwało leczenie, tym więcej wierzących przyjaciół mówiło mi o swoim przekonaniu, że Bóg chce mnie uzdrowić. Cudownie było to słyszeć, tym bardziej że ja sam coraz wyraźniej byłem o tym przekonany. Po kilku miesiącach w szpitalu, pod kroplówką i po innych, jeszcze mniej przyjemnych doświadczeniach, naprawdę byłem gotów na to, by Boża rnoc się objawiła. Lecz z drugiej strony, jak wcześniej modliłem się: "Panie, jestem gotów, by umrzeć", tak teraz mówiłem: "Panie, niech Twoje uzdrowienie przyjdzie w Twoim czasie".

Po około półrocznej chemioterapii przeprowadzono rutynowe badanie USG. Potwierdziło, że guz się zmniejsza, ale pani doktor powiedziała: "Teraz pewnie pójdziesz na półroczny urlop dla regeneracji organizmu, a później przyjdziesz do nas znowu". Dwa tygodnie później zrobiono mi ponownie badanie USG (poza planem). Stażysta, który chciał przyjrzeć się mojemu przypadkowi, dość długo szukał guza, a nawet spytał, czy jestem pewny, że był z lewej strony. Kiedy potwierdziłem, zaczął wątpić w swoje umiejętności i poprosił lekarza, który robił to na co dzień. Dzięki Bogu to badanie również nic nie wykazało. Wróciłem do swojej sali i zacząłem dziękować Bogu za uzdrowienie. Tydzień później jeszcze raz wezwano mnie na USG, które ponownie potwierdziło zniknięcie guza. Ponieważ i dla lekarzy było to dość niesamowite, przeprowadzono badanie tomografem komputerowym. Jak poinformowała mnie lekarka prowadząca. "w miejscu guza są tylko zrosty". Dziękuję Ci, Boże, bo wysłuchałeś modlitwę moją.

Ponieważ nie dostałem pełnego cyklu chemioterapii, lekarze zadecydowali, że powinienem jeszcze profilaktycznie otrzymać "naświetlania". Dla mnie znaczyło to tylko tyle: jeszcze miesiąc w szpitalu. Po miesiącu dziękowałem za to Bogu. Zaprzyjaźniłem się tam z pewnym, również młodym, człowiekiem, który chorował dłużej ode mnie. Ale dopiero ostatni miesiąc był czasem, w którym Tomek (tak miał na imię) podjął decyzję oddanią swojego życia Jezusowi. Bóg użył mnie, by jeszcze jedna osoba odnalazła Jego łaskę i miłość. Mogłem także być tym, przy kim Tomek stawiał pierwsze kroki w wierze. Około trzech miesięcy później, kiedy obaj byliśmy już w domu, Tomek zmarł.

Powrót do domu był również powracaniem do zdrowia. Zaczął się także czas przygotowań do służby. Był długi i powolny, ale naszedl dzień, w którym Bóg powiedział: "Już czas, byś przyprowadzał do mnie innych, bym mógł opatrywać im rany". Od tamtej chwili pomagałem w społeczności, jak mogłem, i ciągle pytałem: "Panie, do czego mnie powołujesz?". Wkrótce po moim wyjściu ze szpitala nawróciła się moja mama, dla której wielkim świadectwem było moje uzdrowienie, ale także troska, jaką okazywali przez cały ten czas ludzie wierzący.

Lekarze dali mi dwa miesiące życia - Od tej pory mija ósmy rok. Dziś służę w zborze, w tym roku planuję podjąć dalszą naukę, jeżeli Pan Bóg pozwoli - to w Warszawskim Seminarium Teologicznym. Jeżeli Pan będzie łaskaw, to także w tym roku założę rodzinę. Czyż Bóg nie jest cudownym Bogiem? Czy nie jest potężniejszy od choroby, lekarzy i wszystkich codziennych problemów?

"Czym odpłacę Panu za wszystkie dobrodziejstwa, które mi wyświadczył? Podniosę kielich mojego zbawienia i wzywać będę imienia Pana" (Ps 116,12-13). Nie ma słów, którymi można wyrazić Bogu wdzięczność za ratunek od śmierci i od choroby, ale przede wszystkim brak słów. by dziękować Mu za wybawienie od największej choroby - grzechu.

Gdy z słowem swym stanąłeś na mej drodze,

O Panie mój, gdym ujrzał łaskę Twą,

Co zmyła grzech, co cieszy w życia trwodze,

Co w mych słabościach pomoc daje swą.

Me serce w uwielbieniu śpiewa Ci:

Jak wielkimś Ty, jak wielkimś Ty!

Dariusz Robert Hapoń

Źródło: Chrześcijanin 5-6/2002

Content Management Powered by CuteNews

Osobiste "Ojcze nasz"

Czy możemy powiedzieć:
Ojcze - Skoro nie jesteśmy na nowo narodzeni przez Jezusa Chrystusa i nie otrzymaliśmy nowego życia?

Czy możemy powiedzieć:
Nasz - Skoro nie przyjmujemy innych do tej społeczności z Bogiem?

Czy możemy powiedzieć:
Jesteś w Niebie...

więcej... »

Polecamy:

Uzdrowiony

Dariusz Robert Hapoń

Jest rok 1994, maj, miesiąc matur, chociaż dla mnie większym przeżyciem był chrzest w zborze w Terespolu. Dziesięć miesięcy wcześniej przeżyłem nowe narodzenie, zostałem ochrzczony w Duchu Świętym. Był to dla mnie czas niezwykle ekscytujący i wyjątkowy: zostały mi przebaczone grzechy, wzrastałem w Bogu, poznawałem Biblię, w Międzyrzecu Podlaskim powstawał zalążek pod przyszły punkt misyjny i zbór. Zdałem maturę, a ponieważ z różnych przyczyn nie mogłem podjąć dalszej nauki, zacząłem rozglądać się za pracą. Wszystko wydawało się piękne i sielankowe - do momentu, w którym zaczęły się kłopoty ze zdrowiem.

więcej... »

Mój syn zaginął - i co dalej?

Renata Grabowska

Gdy rankiem 29 listopada 1994 roku wyprawiałam do szkoły mojego jedenastoletniego syna Marcina, nawet nie przyszło mi do głowy, że zobaczę go dopiero za 3 miesiące. Gdy tamtego poranka, jak zwykle, w pamiętnej modlitwie wielbiłam Boga i dziękowałam Mu za kolejny darowany mi dzień, nie wiedziałam jeszcze, że dzień ten zapamiętam do końca życia, że od tego dnia zacznie się trzymiesięczny test mający wypróbować moją wiarę. A zaczęło się od tego, że tamtego dnia Marcin nie wrócił ze szkoły do domu.

więcej... »

Cztery razy przeżyłem własną śmierć

Józef Bałuczyński

Przed kilkoma laty ktoś, kto dowiedział się o moich przeżyciach w czasie II wojny światowej, zapytał, czy to prawda, że kilka razy przeżyłem swoją śmierć. Otóż trzykrotnie przeżyłem swoją śmierć w sensie przenośnym, gdyż byłem o włos od śmierci i cudem jej uniknąłem. Natomiast za czwartym razem zdarzyło mi się nie tylko zajrzeć jej w oczy ale dosłownie jej doświadczyć. Wszystko to wydarzyło się naprawdę i pokazuje, jak bardzo Jezus Chrystus pomagał mi w życiu.

więcej... »

© 2004 Zbór Kościoła Zielonoświątkowego w Ostrołęce