I nie ma w nikim innym zbawienia... »

Polecamy artykuły:

Były narkoman i alkoholik

Krzysztof Żywiołek

Po jakichś 15 latach uzależnienia myślałem o Bogu, nawet nieporadnie się modliłem, ale nie widziałem w Nim ratunku. Była we mnie rozpacz, ludzie wokół mieli swoje miejsca, do których wracali, ciepło, rodziny. Ja sam się pozbawiłem tego. Nienawiść musiała więc gdzieś znaleźć upust na zewnątrz. Piłem i postanowiłem to przeciąć. Doskonale pamiętam ten budynek i gzyms, na którym stałem. Był późny wieczór, a w dole czarna czeluść, łzy płynęły po policzkach. Wewnątrz głos mówił- skacz, nie będzie bolało, no skacz, nawet nie poczujesz. Drugi mówił - nie rób tego, nie skacz. Była we mnie walka, stchórzyłem i zwlokłem się z dachu zły, że nawet nie potrafię się zabić.

Gdy miałem niewiele po dwudziestce ciągnęło mnie do jakiejś inności. Picie tanich win już miałem poza sobą i szukałem nowych wrażeń. Poznałem przyjaciół, którzy coś tam zażywali, więc spróbowałem i ja. Ci którzy już w tym siedzieli, przestrzegali mnie, że mogę się uzależnić, ale śmiałem się z tego. Mam silną wolę, to był mój koronny argument, w każdej chwili mogę przestać. Zaczęło się niewinnie, najpierw trawka, za jakiś czas ktoś załatwił morfinę. Bałem się pierwszego zastrzyku i nie myślałem o skutkach - no zawsze mogę przestać. Piłem wywar z makowiu zaprawiany prochami i tak minął rok. Zacząłem dostrzegać, że organizm zaczął domagać się kolejnej dawki, a kiedy nie było, fizycznie cierpiałem. Zdałem sobie sprawę, że jestem uzależniony i żeby to jakoś złagodzić przeszedłem na heroinę, najsilniejszy narkotyk. Żeby zdobyć narkotyk, wynosiłem różne rzeczy z domu i sprzedawałem je. Moi najbliżsi próbowali mi persfadować, żebym się leczył, jednak nie chciałem. W końcu zamknęli przede mną drzwi. Nie miałem wstępu do domu. Poczułem lekki niepokój, ale co tam, grałem twardziela, dam sobie radę. Stałem się bezdomny. Żeby sobie jakoś ulżyć, wmówiłem sobie: teraz to już nic mnie nie krępuje, jestem wolny i mogę robić, co mi się podoba. Włóczyłem się po narkomańskich melinach, kradłem, lata leciały a ja nie mogłem się z tego wyzwolić. Czułem się jak na karuzeli, świat wiruje wokół, a ja nie mogę wysiąść. Zobojętniałem na wszystko, a w sercu była pustka.

Gdzieś po 10 latach miałem dość, nienawidziłem ludzi, sypiałem na dworcach, strychach i piwnicach, gdzie się dało. Prowokowałem los biorąc coraz więcej w nadziei, że przedawkuje i w końcu się to skończy. Trafiałem na różne odtrucia w Lublińcu, Sosnowcu, Czeladzi, Rybniku - nic to nie dawało, nie potrafiłem się zmienić. Pogodziłem się z takim losem, stałem się bierny i dalej trwałem w nałogu.

Po jakichś 15 latach uzależnienia myślałem o Bogu, nawet nieporadnie się modliłem, ale nie widziałem w Nim ratunku. Była we mnie rozpacz, ludzie wokół mieli swoje miejsca, do których wracali, ciepło, rodziny. Ja sam się pozbawiłem tego. Nienawiść musiała więc gdzieś znaleźć upust na zewnątrz. Piłem i postanowiłem to przeciąć. Doskonale pamiętam ten budynek i gzyms, na którym stałem. Był późny wieczór, a w dole czarna czeluść, łzy płynęły po policzkach. Wewnątrz głos mówił- skacz, nie będzie bolało, no skacz, nawet nie poczujesz. Drugi mówił - nie rób tego, nie skacz. Była we mnie walka, stchórzyłem i zwlokłem się z dachu zły, że nawet nie potrafię się zabić.

Za jakiś czas poszedłem do ośrodka dla narkomanów. Terapeuci naprawdę się starali. Uwierzyłem, że wszystko zależy ode mnie. Wychodząc po 2 latach leczenia byłem przekonany, że jestem silny. Przestałem brać, a skoro jestem silny, to piwo nie zaszkodzi. Znowu upadłem, koszmar się zaczął na nowo. Moje życie stało się takie samo jak przedtem. Zmienił się tylko środek, już nie narkotyki lecz alkohol. Zdałem sobie sprawę, że jestem w punkcie 0. Wszyłem sobie esperal i przepijałem go. Chodziłem na mitingi Anonimowych Alkoholików, ale nic to nie dawało, trwałem w piciu 5 lat. Kolejne leczenie w Bulowicach. W ramach leczenia przyjeżdżali tam jacyś ludzie i mówili o Jezusie. Siedziałem w kącie sali przybity swoimi problemami, ale dało się zauważyć, że Ci ludzie są jacyś inni. Mieli coś w swoich twarzach czego ja nie miałem, jakiś spokój i radość. Instynktownie zapragnąłem tego.

Zbliżały się Dni Skupienia w Ustroniu k/ Bielska- Białej i pojechałem tam jako pacjent. Na spotkaniach usłyszałem, że Jezus mnie kocha, nawet się przestraszyłem, bo niby za co mnie można kochać. Na dodatek pastor, nazywał się Tomczyński, powiedział mi, że Jezus może zmienić moje życie. Ja już miałem dość swojego życia, poczułem ogromne pragnienie chęci zmiany. Dostrzegłem w tym szansę dla siebie, przychodził ratunek. Nie umiałem się modlić, ale moje serce było otwarte. Poczułem falę miłości. Powietrze było gęste od niej. Czułem, że coś mnie wewnątrz ściska za serce. Zobaczyłem sercem płaczącą mamę, siostrę, brata, zrozumiałem krzywdę jaką im zrobiłem. Ten ciężar przytłaczał mnie. Przepraszałem za swoje życie Jezusa i wołałem o pomoc. Łzy cisnęły się do oczu, ściskało mnie w gardle, próbowałem to tłumić, obok stali obcy mi ludzie. W końcu wszystko we mnie puściło, szlochałem, łzy płynęły, bo potrzebowałem oczyszczenia. W tylnej części sali ktoś bił brawo. Nie wiedziałem co się dzieje, dziś wiem, że te brawa były dla Jezusa. Poczułem spokój, wokoło wiele się działo, ludzie wychodzili, przychodzili, byłem poza tym. Czułem wyciszenie w moim wnętrzu, ciepło emanowało od środka. Po kolejnej fali czułem bezpieczeństwo. Przyjąłem Jezusa do swojego serca, coś się skończyło i coś się zaczęło. Jakiś brat spytał- ty palisz? Możesz być wolny, módl się. Zacząłem wołać: Jezusie pomóż, znowu płakałem. To był pamiętny dzień. Tego wieczoru Jezus mnie uwolnił od narkotyków, alkoholu, papierosów. Stałem się wolny.

Jezus obdarował mnie swoją miłością, dziś nie zrobię kroku bez Niego, odnalazłem sens życia, poczułem swoją wartość. Z mamą i rodzeństwem znowu jesteśmy rodziną. Zakładam swój dom, jest w nim ciepło i bezpiecznie, bo mieszka w nim Jezus. Cudownie jest być pogodzonym i śmiało patrzeć ludziom w oczy. Jestem wdzięczny Jezusowi.

Krzysztof Żywiołek

Źródło: Chrześcijańska Misja Kobiet "Punkt zwrotny" nr 13

Content Management Powered by CuteNews

Osobiste "Ojcze nasz"

Czy możemy powiedzieć:
Ojcze - Skoro nie jesteśmy na nowo narodzeni przez Jezusa Chrystusa i nie otrzymaliśmy nowego życia?

Czy możemy powiedzieć:
Nasz - Skoro nie przyjmujemy innych do tej społeczności z Bogiem?

Czy możemy powiedzieć:
Jesteś w Niebie...

więcej... »

Polecamy:

Jaką mocą to czynisz?

Jerzy Ogonowski

A gdy On przyszedł do świątyni, przystąpili do niego, gdy nauczał, arcykapłani i starsi ludu, mówiąc: Jaką mocą to czynisz i kto ci dał tę moc? A Jezus, odpowiadając, rzekł im: Zapytam i Ja was o jedną rzecz; jeśli mi na nią odpowiecie, i Ja wam powiem, jaką mocą to czynię: Skąd był chrzest Jana? Z nieba czy z ludzi? A oni rozważali to sami w sobie, mówiąc: Jeśli powiemy, że z nieba, rzeknie nam: Czemu więc nie uwierzyliście mu? Jeśli zaś powiemy: Z ludzi, boimy się ludu, albowiem wszyscy mają Jana za proroka.I odpowiadając Jezusowi, rzekli: Nie wiemy. Rzekł i On do nich; To i Ja wam nie powiem, jaką mocą to czynię. (Mat. 21:23-27)

więcej... »

Automat do odpuszczania grzechów?

Marian Biernacki

Coraz bardziej lubimy korzystać z rozmaitych automatów. Wybawiają nas one z kłopotliwego stawania oko w oko z drugim człowiekiem. Nie lubimy niepotrzebnych pytań, podejrzliwych spojrzeń, niekompetencji i humorów drugiego człowieka. A więc bankomat pozwala nam pobrać swoje pieniądze bez obawy, że ktoś naprzeciwko będzie nam "zaglądał do kieszeni" i patrzył, że mamy ich tak mało albo tak dużo. Dzieciaki wyrastające w "błogosławionej" kulturze Zachodu bez obawy spotkania się z wymownym spojrzeniem sprzedawczyni mogą kupić sobie w przyjaznym automacie paczkę papierosów, a młodzieńcy - bez najmniejszego zażenowania - pierwszą prezerwatywę.

więcej... »

O niesieniu Krzyża...

Michał Hydzik
pastor zboru "Filadelfia" w Bielsku-Białej

Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie." Łk. 9,23 Pan Jezus wielokrotnie w sposób bezpośredni lub pośredni, zalecał swoim naśladowcom niesienie krzyża (Łk. 9,23; 14,27; Mt. 11,29). Tymczasem, o współczesnym chrześcijaństwie, mówi się często, że jest chrześcijaństwem bez krzyża. Stwierdzenie to, może niektórych bulwersować, albowiem na brak krzyży, a zwłaszcza w naszym kraju narzekać nie możemy. Spotykamy je przecież niemal na każdym miejscu. Czasem ma się wrażenie, że są nawet tam, gdzie być nie powinny, gdzie nie przystoi, aby były. Bo czy godzi się, aby wisiał on w sali w której posłowie od czasu do czasu wszczynają gorszące incydenty, albo obrzucają się oskarżeniami i pomówieniami, nie mając najmniejszego respektu dla jego powagi?

więcej... »

© 2004 Zbór Kościoła Zielonoświątkowego w Ostrołęce